O autorze
Magda Lipiejko - ur.1976r w Szczecinie. Absolwentka szczecińskiego Liceum Plastycznego, magister filozofii. Studiowała również historię sztuki na UAM i na Akademii Sztuk Wizualnych w Poznaniu. Od 2004 r. prowadzi agencję modelek MLStudio, łącząc to z pracą fotografa i stylisty.

Wystawy fotograficzne:
„Tribute to Marlene” w Art Center Berlin, podczas Berlin Fashion Week,
styczeń 2010r.
„Sacrum i profanum” w galerii Arkana w Łodzi podczas Poland Fashion Week,
maj 2010r.
"Fotografia Fashion" w Starym Browarze w Poznaniu, listopad 2010r.
"Sacrum i profanum" w Brama Jazz Cafe w Szczecinie, styczeń 2012r.

Grudniowe covery czyli co łączy perfekcyjną panią domu z boginią Isztar i końcem świata.

Przysłowie głosi, że nie szata zdobi człowieka. W przypadku prasy kolorowej a zwłaszcza tak zwanych pism luksusowych, owa szata ma jednak olbrzymie znaczenie a okładka pełni funkcję kropki nad i. Dobrze dobrana przyczynia się do sukcesu całego magazynu, wpływa na wyniki sprzedaży i dotarcie do takiego a nie innego czytelnika. Staje się rozpoznawalnym logo, wytycza trendy i style. Nic więc dziwnego, że tak wielką wagę do jej finalnego wyglądu przykładają redaktorzy i wydawcy biblii współczesnej mody - miesięcznika Vogue.

Pod lupę wzięłam aktualne grudniowe okładki wszystkich najważniejszych edycji Vogue, od rdzennego, amerykańskiego począwszy.

Autorem zdjęcia jest nadworna fotograf amerykańskich edycji - Annie Leibovitz. Sama okładka niczym nie zaskakuje. Wiadomo nie od dziś, że naczelna Anna Wintour stawia na konserwatywną klasykę, luksus w kolorowym, zdrowym i ładnym wydaniu. Trafiający w gusta przeciętnej amerykanki z klasy średniej. Dlatego do sesji okładkowych zaczęła zapraszać popularne aktorki i celebrytki, bardziej znane docelowej grupie czytelniczek niż modelki. Aktorka Anne Hathaway w sukni od Very Wang (projektantki odkrytej i propagowanej przez Wintour) wygląda posągowo ale ma na tyle niezobowiązującą fryzurę i makijaż, że doskonale wpisuje się w amerykański pejzaż. Ciekawym, nieco baśniowym elementem okładki stało się tło - różany krzew, malarsko komponujący się z zielenią sukni i jasną karnacją aktorki. To jednak za mało by cała okładka wyłamała się z amerykańskiego stereotypu powielanego od lat przez Wintour.

Anna Wintour wiele lat pracowała jako naczelna brytyjskiej edycji i miała niebagatelny wpływ na zachodzące w nim przeobrażenia i podobieństwo do amerykańskiego wydania. Obecna naczelna Vogue UK Alexandra Shulman wydaje się nie odbiegać zbytnio od rządów swojej słynnej poprzedniczki a przykładem na to jest tworzenie zachowawczych okładek. Powyższa, autorstwa Mario Testino (ulubieniec edycji brytyjskiej i amerykańskiej, ceniony również z racji roli nadwornego fotografa brytyjskiej rodziny królewskiej) jest moim zdaniem bliższa stylem do wysyłkowego katalogu dla gospodyń niż jednego z najważniejszych modowych periodyków. Pełna dziewczęcego uroku rosyjska top modelka Natalia Vodianova została tutaj wciśnięta w drobnomieszczański i pastelowy look sztucznie uśmiechniętej perfekcyjnej pani domu. W strawieniu owej landrynkowo-pudingowej nudy nie pomógł nawet płaszczyk z najnowszej kolekcji Valentino.

Po etapie sztuczności i konwenansów miłym zaskoczeniem okazuje się okładka paryskiego Vogue, przedstawiająca portret Carli Bruni Sarkozy, autorstwa duetu Mert Alas & Marcus Piggott. Ex pierwsza dama Francji wygląda pięknie w naturalnej, rockandrollowej stylizacji, z jakich słynie główna stylistka i naczelna francuskiej edycji Emmanuelle Alt. Po raz kolejny okazuje się, że często mniej znaczy więcej a ponadczasowa jeansowa koszula może lepiej podkreślić kobiecość, urodę, osobowość ( i kolor tęczówki) niż szlachetne satyny i jedwabie od prestiżowych projektantów.

Okładki mojego ulubionego włoskiego Vogue stanowiły zawsze przykład wyrafinowanej włoskiej estetyki, wymykającej się obowiązującym schematom, tak częstych w pozostałych edycjach. Steven Meisel, który nieprzerwanie od dwóch dekad jest autorem wszystkich okładek Vogue Italia, przyzwyczaił fanów do nieprzewidywalnych wyborów tematu, postmodernistycznych zapożyczeń, zabawy formą i treścią. Uważany przez wielu za fotografa bez własnego stylu jest idealnym twórcą w czasach, gdzie wszystko już było a bezstylowość i niczym nieograniczony eklektyzm staje się zaletą. Patrząc na powyższą okładkę mam jednak mieszane uczucia. Model Marlon Teixeira wystylizowany na włoskiego kochanka-zabijakę, w niejednoznacznej pozie na motorze z modelką Vanessą Axente, trzymaną władczym gestem za włosy. Modelka przypomina młodą Jerry Hall, słynną ex-żonę Micka Jaggera więc być może Meisel chciał się zabawić konwencją, pokazać w przerysowany sposób męsko-damskie relacje. Na umowność sceny wskazuje też celowe wyeksponowanie kończącego się tła fotograficznego i kabla podłączonego do gniazdka elektrycznego w apartamencie, który pełni rolę studia. Co by artysta nie miał na myśli i jak dalece byłoby to postmodernistyczne i dopracowane to ja zwyczajnie końcowego efektu nie kupuję. Okładka nie przekonuje mnie nawet pod względem czysto estetycznym a sama treść i konwencja sceny wydaje się pusta.

Na okładce niemieckiej edycji Alexi Lubomirski zaprezentował splendor i szyk sylwestrowej nocy w osobie niemieckiej modelki Toni Garrn odzianej w niesamowitą różową suknię od Alexandra McQueena. Klasyczne studyjne oświetlenie podkreśla wydatne kości policzkowe modelki, długą szyję i lekko muskularną linię ramion. Komercyjna uroda broni się sama, nie potrzebuje wymyślnej fryzury i makijażu. Jej posągowość i ascezę przełamuje dopiero krzykliwa, pierzasta suknia. Szalona w formie i kolorze jest idealną zapowiedzią zbliżającego się karnawału.

O ile na niemieckiej okładce przepych kreacji był równoważony naturalnością modelki, to rosyjskie wydanie Vogue stawia jednoznacznie na karnawał pod każdym względem. Jak wybierać fotografa to niech nim zostanie sam cesarz mody Karl Lagerfeld. Jak wybierać okładkową modelkę to od razu ikonę modelingowego świata lat 90-tych Lindę Evangelistę. Jak pokazywać modę to niech to będzie krzykliwy płaszcz od Fendi, nie dość,że z długiego futrzanego włosia to jeszcze w kolorze kanarkowym. Rosja kocha przesadę i maksymalizm. Przy tworzeniu grudniowej okładki pozwolono sobie na swoisty przerost formy nad treścią. A żeby było dziwniej pod względem estetycznym trafiono w absolutną dziesiątkę.

Ten sam płaszcz od Fendi, który otula twarz Lindy na okładce rosyjskiego Vogue, ma na sobie modelka Kendra Spears, występująca na froncie japońskiej edycji. Fotografował Giampaolo Sguro a stylizowała słynna Anna Dello Russo, ekstrawagancka redaktorka i ulubienica fotoreporterów. Z całym szacunkiem do Anny ale okładka, mimo przepychu i kolorów stylizacji wypada blado. Neutralne, białe studyjne tło, rutynowa poza i mina modelki czynią z okładki prestiżowego magazynu coś w rodzaju lookbooka/dokumentacji kolekcji pokazanej na modelce. W każdym razie do portfolio stylisty jak znalazł.

Okładkę hiszpańskiej edycji wzięłam początkowo za twór typowo włoski, bo do takich właśnie tajemniczych portretów przyzwyczaił mnie Meisel. Tymczasem tutaj fotografował Mario Testino i wydobył z Kate Moss wszystko co najlepsze. Bez ozdobników i stylizacyjnej pompy, delikatnie oświetlone i naturalnie wpisane w chłodną przestrzeń mocne zbliżenie twarzy w woalce. Przyciąga jak magnes i intryguje. Jest niczym zapowiedź dłuższej historii a to chyba kluczowa rola każdej dobrej okładki.

Na zakończenie moich okładkowych wiwisekcji postanowiłam się przyjrzeć bliżej grudniowej okładce brazylijskiego Vogue. Oto duma Brazylijczyków,jedna z ich najsłynniejszych modelek Isabeli Fontana, przysiadła sobie niczym bogini urodzaju wśród łanów zboża. Sielskość scenki dopełnia lazurowe niebo, horyzont z wiatrakami i wesoła, letnia sukienka (od Diora). Całość prezentuje styl okładek robionych często przez Leibovitz dla amerykańskiego wydania i na tym właściwie mogłabym skończyć wywód gdyby mojej uwagi nie przykuł jeden szczegół. Złote kolczyki w kształcie pentagramu w uszach modelki. Pentagram jest utożsamiany z pogańskim symbolem, znanym od wieków jako gwiazda babilońskiej bogini Isztar czy też egipskiej Izydy. Przypisywano mu odzwierciedlenie pięciu żywiołów i pięciu zmysłów człowieka ale przede wszystkim służył jako amulet o właściwościach ochronnych.



Myślę, że twórcy brazylijskiej okładki nieprzypadkowo posłużyli się akurat takim symbolem. Dobrej ochrony nigdy za wiele. Wszak zbliża się 21 grudnia i przepowiadany w tym dniu przez Majów koniec "Długiej Rachuby", dla wielu jednoznaczny z końcem świata...
Trwa ładowanie komentarzy...